piegi – przestrzenie.
20/05/2012na nadgarstku ostatni raz jazz-GA, nie schodzi łatwo. było jej sporo – chłopcy z kopenhagi, panowie z tel-avivu, piątkowy chłód i spotkania z moimi dawnymi, z którymi przecież podobno nigdy więcej, prawda, bo do przodu, bo wszystkie mosty spalone (słońcem). sobotni ostatni tłum i muzyka, i nieznajomi, i alkohol, i to wszystko, wszystko, od czego uciekam, i konie.c miejsca, w którym działo się tak wiele ważnego, tak wiele zdarzeń, po których rekonwalescencja bywała bolesna.
spaleni słońcem za to nowym łódzkim światem. początek dobrych miejsc i dobrych stanów ducha. leżeć, marznąć, pić herbatę, uprawiać sztukę dla sztuki, off dla offu, albo po prostu dyskutować o tym, że i dlaczego nie. spotykać, poznawać, kręcić się, słuchać, nucić, prześmiewać. przestrzenie dla ducha widać nie mogą być w idealnym stanie. muszą się sypać, chować, muszą być nieco brudne i gdzieś z tyłu, pod miastem, za bramą, za parkiem. zbiorowiska dziwadeł, sprawa ważna, bo przynajmniej nie można zarzucić, że nudno, że nijak, że nie warto.
pulsująca piotrkowska raz w roku, okazało się, jest w stanie przekonać, że Miasto żyje, że w Mieście się żyje. pulsujący tłum uderzył, w górę, w dół, wypełzł, pojawił się, uczestniczył. pulsował wspólnie, pulsował indywidualnie pod sceną,w kawiarniach, tam wszędzie na słońcu. Miasto ma krwiobieg, Miasto miewa serce, jak się okazuje, Miasto raczy odżywać, na chwilę.
pałace i kamienice, jak zwykle najbardziej. w dół targową, na drugą stronę i wgłąb, w środek, na górę, po TYCH schodach, na których mogłoby dziać się życie. zdjęcia kaloryferów nie przekonały, ale skruszałe do granic ściany, nagie stropy, cegła. zamieszkać tam na chwilę. przez tydzień okupować willę, wypełniać przestrzeń zdjęciem/robionym/, rzeczą/konstruowaną/, wiesz, zaprosić tylko tych, z którymi będzie bezpiecznie, których nie pozabijam, wieczorami zogniskować ich sobie na zewnątrz. puszczać dobre płyty i jeść dobre rzeczy, pić dobrą herbatę, a na leżakach dyskutować o stanie najbliższego świata. willa grohmana odwróciła uwagę od fotofestiwalu, może szkoda, może kiedyś nauczę się oglądać zdjęcia, czuć obraz, rozmawiać z nim, słuchać, co ma mi do powiedzenia, bo przecież ten kaloryfer, przecież coś znaczyć musiał.
przestrzenie filharmonii jak zawsze imponujące. wejść na górę, tam właśnie, oddychać spokojnie, powietrzem świeżym, czystym, chłodnym, odpocząć, zniknąć. wrócić, zdjąć słuchawki i śmiać się z ludzi, którzy nie słyszą, co, ani tym bardziej jak śpiewają, podzieleni na grupy. zeskoczyć na dół – ochłonąć, tam jeszcze więcej tańca, ludzi, pierwszy raz w historii szkło pod filharmonią. swoista profanacja dała do myślenia – oto ludzie, których nigdy nie posądzałbyś o uczestnictwo w rzeczach pięknych – zjawiają się w miejscu pięknym i przyzwyczajają się do przestrzeni, w której może jeszcze kiedyś się pojawią, najpierw w garniturach, potem, z czasem, w dżinsach, przywykną, będą swoi.
pierwszy raz od dawna znalazłam chwilę, potrzebę, cel w chodzeniu po mieście, przesiadywaniu w kawiarniach. pierwszy raz od dawna znalazłam się w grupie, która wiele może mi zaoferować, w której pojawiłam się po to, by się uczyć, ale w której też, bez struktur, tytułów i z pewnością, że równo i warto, można przedyskutować wszystko to, co leży gdzieś głęboko na sercu, albo tuż przed oczami – i poszukać rozwiązania, nastawić się na działanie.
pierwszy raz od dawna dostałam taki zastrzyk motywacji. warto? warto. bo ludzie. i szaroniebieski kafelek z naklejonym nazwiskiem, i karton soku i rozmowy o piegach, czekoladzie we wczorajszej tętnicy Miasta. a potem wszystko to. oby nie skończyło się na zdjęciach.