agt

cholera cię wie, laleczko

zima jest bardzo, kiedy otworzy się okna, zakręci kaloryfer. wcale tak łatwo nie przechodzi, gdy zapala się światło i nagle wszystko zielenieje. można spokojnie rozłożyć się na podłodze, otworzyć wszystkie pory skóry, rozerwać, rozpłatać. zmarznąć, wchłonąć się. kolejne etapy oddawania energii i powrót. odzyskuję ciepło bardzo powoli. krew zaczyna płynąć, zaczyna parzyć. myśli, rozplątane na podłodze tak dokładnie, zwijają się, kłębią, wracają do głowy, wypełniają szczelnie. szumią w uszach. każdy oddech sprawia mniejszy ból. wstaję pełna. jedna na chwilę.

gotowa. wsypać w siebie nowe litery. będzie o czym myśleć, gdy się bardzo myśleć nie chce, gdy się robi wszystko, żeby zasnąć. strach, który w ciągu dnia jest gdzieś głęboko, wyłazi, wypełza i szarpie za włosy, wysypuje z poduszki pierze.

potem znowu włączy się zmęczenie, znów przeczytam, albo posłucham, że jesteś i w jaki sposób. i że to nie powinno mieć żadnego

nowy rok przeleżałyśmy w łóżku. ja, obok głowa, w głowie muzyka i we mnie, i gdzieś przepływająca herbata. powrót śpiącej królewny (korona raczyła się rozsypać, wygląda dziś bardziej na cierniową, ale wciąż kurczowo trzyma się głowy), błogi, kamienny sen, potem trójkowe wszech czasy. rockowe szlagiery do zdzierania gardeł w samochodzie czy dobrym towarzystwie. prosto z radia, prawdziwego, żyjącego i z ciepłym głosem pana piotra (każdego kolejnego) jak gorzka czekolada na języku.

jaki nowy rok, taki cały rok, mówią. życzyłabym sobie tak przyjemnych poranków. tak życzliwych ludzi. tak dobrych propozycji. tak wspaniałych dźwięków. tak ciepłego snu. tak mocnej herbaty. tak genialnych pomysłów. takiego poczucia bezpieczeństwa. takiej pewności, że wszystko jest na swoim miejscu. i wciąż, że to będzie rok tak wypełniony, jak dziś – możliwościami, znaczeniem, dźwiękami.

(o, klan szefów kuchni na scenie!) nie mam postanowień.

jak bardzo spokojnie, jak cicho może być. niebo nade mną stalowe, w oknach szklana imitacja śniegu i trochę złota. leżę na plecach, tak najlepiej się tęskni, wspomina właściwie, przysłuchuje się, chowa przed planami. podłoga bywa wygodna i pozwala swobodnie oddychać, i swobodnie wirować, i swobodnie… pozwalam muzyce wgryźć się w mózg. głęboko. w krwiobieg. pulsować w opuszkach palców. utleniać się w płucach.

na koncertach porozumiewawcze spojrzenia ze sceną. kunszt słowa odbierający pewność siebie. wrócić już do domu i zanurzyć się w tuwimie, w skandujących, krzyczących drukiem. w drżące, jędrne słowa drżącego, jędrnego języka. w księgarnie, by posiadać więcej słów.

w święta otul się w ciepły koc. pij herbatę. dużo mów i często nawilżaj usta. przeczytaj wszystkie książki. wszystkie wiersze. posłuchaj – tych właśnie – płyt. na moment poczuj się bezpiecznie. w ostatni dzień roku wypij dużą kawę, najedz się czekolady, znów przyrzeknij, że nigdy więcej. nie zasypiaj, zapal niebo. to takie proste.

(lilac wine)

ja pachnę żelazem, smakuję solą. czytuję wojaczka i czasem wyśmiewam, bo takie błoto ma w głowie, że aż… aż jak ja. mam w pokoju bałagan, nierozpakowaną walizkę na środku, kubek po herbacie na biurku, sterty ulotek, bilety na ścianie (muzyka na ścianie, a było jej aż tyle). ale trzymam się dzielnie. maskuję zapach krwi truskawkami / piżmem, maskuję smak czekoladą (stosować doustnie). maskuję błoto złotem, pomysłami, komentarzami, działaniem. maskuję bałagan pięknymi dłońmi. skurcze mięśni – szpilkami i tą właśnie sukienką, w której tak och, do której potrzeba tylko pewności i głowy wysoko i prostych pleców. a jednak mam ręce na wierzchu i kości na wierzchu. upajam się dźwiękiem.

pachnę truskawkami, smakuję czekoladą. nadwyrężyłam kostkę w spektakularnym upadku, ale tańczyć trzeba nadal, gdy się chce. jeszcze tego by brakowało, żeby odebrać sobie taką przyjemność: wirować zgodnie z kierunkiem wskazówek obu zegarów.

do morza było sto kilometrów, dzień wcześniej gotowa byłam biec do latarni morskiej, w górę mapy. to the lighthouse, my friend. nie było tak blisko nieba jeszcze.

cześć, N. pamiętam Cię doskonale, twój umiech, serdeczne spojrzenie, opiekuńczość, gościnność. dziewczyna z tych, których nie da się nie polubić. niewielu miałam takich ludzi na wyciągnięcie ręki, a Ty byłaś wyjątkowo blisko, pięć minut stąd, niespiesznym krokiem. teraz, to juz trzy lata od tamtego września, w którym sie o Tobie dowiedziałam – kiedy dowiedziałam się, że już nigdy niczego się o Tobie nie dowiem.

jak zwykle szkliły mi się oczy. ze wszystkich cmentarnych wspomnień to o Tobie jest najżywsze. Ty zawsze będziesz miała ten szczery uśmiech i dziewiętnaście lat, jak ja teraz. bolisz mnie. drażnisz mnie. zapowietrzasz. a to, co spowodowało, że Ty już tam, jest dla mnie tak niezrozumiałe, niewyobrażalne. to nie tak, że się ginie w wypadku.

to nie tak, że się traci siostrę. przyjaciółkę, koleżankę z liceum – zaraz po maturze. odbierasz mi pewność siebie. odbierasz mi wiarę w nieśmiertelność. moją i moich. a ja głupia garnę się do Ciebie, chcę stać nad płytą z Twoim imieniem, chcę patrzeć w ten granit, w te róże, znicze. chcę chyba porządnego kopa od rzeczywistości, żeby w końcu dotarło do mnie, a tu krzyczą mi:

z prochu powstałeś, to wstań i się otrzep.